Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić – co zrobić?

Czy tylko mój mózg wciąż żyje w latach 90.

? Czy tylko mi wakacje kojarzą się z odpoczynkiem, relaksem, spędzaniem czasu na dworze, zabawą do białego rana? Mam nadzieję, że nie jestem w  tym odosobniona, bo co roku, od jakiś kilku lat, w okolicach lipca/sierpnia, napada na mnie wielkie rozczarowanie, prawie równe z tym które czuję odsłuchując nowych kawałków Britney Spears. Tak, wciąż mam nadzieję na hit rzędu “Baby one more time”. Sorry. Byłam fanką. Kochałam ją tak samo jak kochałam Depeche Mode. W sumie wciąż kocham. Ale mniejsza z tym.

Wakacje powinny być najbardziej relaksującym momentem roku. Nawet ciut bardziej od świąt Bożego Narodzenia. Powinny nieść ukojenie, beztroskę i tę myśl “a jednak nie jestem taka stara”.

O ile nie mówię, że są prawdziwym horrorem, tak też nie zgadzam się, że są najbardziej lajtowymi chwilami świata. Wakacje z dziećmi potrafią dać w kość. I to dosłownie. No chyba, że się mylę, i to wakacje z MOIMI dziećmi są tak wykańczające.

Daj znać, bo może powinnam coś z tym fantem zrobić, a nie o nim wszem i wobec opowiadać.

1. PORANKI

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

W końcu nie musisz iść do pracy. Masz wolne. Możesz się wyspać za wsze czasy. Aż Twoja twarz bardziej będzie przypominać wymiętą bluzkę niż samą siebie. Ze wzruszeniem myślisz o chwili kiedy się obudzisz i będzie Cię bolała każda kostka.

O takim wyspaniu mówię! Na szczęście Twoje dzieci (tudzież dziecię) doskonale wyczuwają słabości dorosłych i wstają już o świecie, z kurami, czyli o godzinie 4:20. Przesadziłam? No dobra, niech będzie 6:00. Godzina 6 to u moich dzieci standard.

O ile w roku szkolnym totalnie mi to nie przeszkadza, to teraz, muszę przyznać, pierwszą myślą o poranku jest głośne “WHY?!”. Serio?! A przecież miało być tak pięknie! 9 miała być! Mówisz, żeby kłaść je później spać? Nie działa. Próbowałam ????

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

2. CZAS NA KAWĘ

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

Masz go przecież mnóstwo! Nigdzie Ci się nie spieszy, z samego rana (bo wstałaś o 6:00) zamykasz listę z podpisem “Obowiązki domowe” i już w południe cieszysz się ukochaną kawą.

Albo i nie.

Nie wiem jak Twoje dzieci, ale moje non stop czegoś ode mnie chcą. Zaczynam podejrzewać, że od razu po porodzie, lekarze wszczepili im jakieś nadajniki/czip/cokolwiek i moje życie to jeden wielki eksperyment naukowy pt. “Ile czasu człowiek potrafi wytrzymać bez siedzenia na tyłku”. Śmieszne? No bardzo.

Zwłaszcza, że jeszcze trochę i nawet sikać będę na stojąco. Nie ma przerwy na kawę. Sorry. No chyba, że zadowala Cię “przerwa z przerwami od przerwy”. Rozumiesz? Bierzesz łyka i o nic nie pytasz, uspokajasz, podajesz, zmieniasz pieluchę, wycierasz, gotujesz, pierzesz. Sorry. Najczęściej właśnie tak bywa.

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

3. WAKACJE W DOMU

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

Zazwyczaj staram się wszystko robić z dziećmi. Naprawdę. Wiem, że zajmuje to zazwyczaj ciut więcej czasu, ale przecież na wychowaniu dzieci nie ma co oszczędzać. Im więcej im wpoję teraz, tym mniej mnie roboty czeka w przyszłości. Albo tak to sobie tłumaczę.

W każdym razie dzieci moje odkurzają, zamiatają, zabawki swoje ogarniają, co by się im matka w nocy (biegnąc w ciemnościach bo się france jeszcze czasami budzą) nie zabiła potykając o Spidermana, lub innego bohatera. Ja wiem, że wakacje to jednak wakacje. Ale o ile nie wyjeżdżamy do 5-cio gwiazdkowego kurortu, o tyle życie w domu wciąż toczy się swoim torem.

Doszło do tego, że nawet segregacji prania ich uczę! To znaczy Filipa, bo umówmy się, skoro ma 9 lat, Ipada ogarnia znakomicie, to i pranie powinien umieć nastawić. Reszta patrzy, zachwyca się, bo przecież im wiedzę tajemną sprzedaję. Bywa i tak.

Naprawdę! Najczęściej jest jednak inaczej: matka cała w brudnych majtkach, opakowanie proszku w pralce (dzięki Ci niebiosa za kapsułki), a Vanish leje się strumieniami po kaflach. Mimo wszystko wierzę, że czegoś ich uczę. Jeszcze.

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

4. SPACER

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

Hahaha mój ulubiony punkt. Chciałoby się spacerować za rączkę, w szeregu, gęsiego. Zresztą nie ma to większego znaczenia, bo najważniejsze, że ja po prostu chciałabym spacerować tak, żeby mieć wszystkich w zasięgu wzroku.

Tak po prostu! Czy aż tak wiele wymagam?! Czy naprawdę to pozostaje tylko w sferze niedorzecznych marzeń matki polki? Najczęściej jest tak jak poniżej: niosę wszystko, dosłownie. Bo moje dzieci na spacer potrzebują wszystkiego.

WSZYSTKIEGO! Spidermana, ręcznika, koła ratunkowego do piaskownicy, pierdyliona rzeczy na przebranie, a do tego bezczelnie potrzebują mieć wolne ręce. Więc kto to dźwiga? Matka zwana potocznie dźwigiem. Taki mój żywot. Dźwigiem mi przyszło być po trzydziestce. Smutne dość.

Do tego łajzy uciekają, biegają, każde w innym kierunku. I nie pomagają prośby, groźby, błagania. Słuchają się tylko, kiedy w zanadrzu mam lody. Przykre, naprawdę przykre.

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

5. LODY

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

Lato bez lodów. Jesteś w stanie sobie coś takiego wyobrazić? Czy Twoja wyobraźnia sięga aż tak daleko?! Moja ani trochę. Lody w lecie, to tak jak Mikołaj zimą – być muszą. Koniec kropka.

Niestety wiedzą też o tym nasze dzieci. Mniej to rozumieją za to ściany, ubrania, dywan, pościel (tylko nie mów, że nigdy nie miałaś uwalonej lodami pościeli!). Ma być pięknie, wakacyjnie, orzeźwiająco.

Jak jest? Tak, że już w momencie odpakowywania rożka, na moich policzkach mimowolnie pojawiają się małe łzy rozpaczy. Hahaha No co Ty. Żartowałam.

Ja to nawet tych czekoladowych im nie odmawiam! Spierają się na szczęście bez problemu (o dzięki ci Vanishu Gold!), a mnie bawi jak całe otoczenie przyprawiają o mały zawał serca ???? I jeszcze jedno: czy tylko moje dzieci jedzą lody całą twarzą?!

Zdjęcia powyżej robiliśmy u moich rodziców. Piękne zdjęcie Bruśka uwalonego czekoladowym lodem (tym samym co go widzicie powyżej) zrobiłam na ukochanym, wyczekanym, wychuchanym tarasie (to ważne słowo! To nie balkon, to taras.

Nawet nie mogę go balkonem nazwać, bo już czuję karcący głos mojej mamy “Zwariowałaś?! To nie balkonisko! To tarasik!” – ale muszę jej to wybaczyć, czekała na niego pół życia ???? ).

Za 3 godziny moi rodzice oczekiwali gości, i to takich kochających tarasowe klimaty, a że lato w pełni, to impreza miała się odbyć właśnie na podwórkowych włościach (nie chcę używać znowu słowa TARAS, chociaż wiem jaka wdzięczna byłaby za to moja mama ???? ). Nagle zadyma, afera, lód leży na podusiach. Wiecie jakich? Tych od TARASOWEGO zestawu wypoczynkowego.

Poszewki uwalone prawie tak, jak moja podłoga w kuchni. Oczywiście dla mnie nie było to nic szokującego, lody + dzieci = masakra pt. “ch. pani domu”. Wtem zauważyłam łzy mamy, pękającą żyłkę na czole taty (no ok, aż tak nie było, ale wkurzeni byli na maxa).

W ruch poszedł Vanish Gold, suszarka (której moi rodzice są szczęśliwymi posiadaczami, i nawet jeżeli im tego TARASU aż tak nie zazdroszczę, to jednak za taką pralko-suszarkę bym zabiła) i moja nadzieja “Vanishu, tylko nie daj ciała”. Chyba nie muszę opowiadać jak się skończyła cała historia? Powiem tylko tyle, że dzieciaki następny dzień spędziły u dziadków. Na tarasie. Z lodami ???? Wiecie o czym teraz tylko marzę? O takim Vanishu do ścian. Ależ życie byłoby wtedy łatwiejsze…

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

Nie wiem co mam Ci jeszcze napisać. Wakacje są fajne, no jasne, że tak! Tylko dlaczego są takie męczące?! A może właśnie o to chodzi? Żeby wyluzować tak, że masz w nosie plan, bo on z dziećmi i tak zawsze się zmienia.

Porządek? Można go ogarnąć później.

Plamy? I tak się spiorą! Wszystkie! Może właśnie w tym sęk, żeby mieć w nosie wszystko inne, tylko skupić się na wyluzowanym życiu i czerpać od dzieci to co najlepsze, czyli beztroskę, radość i śmiech tak głośny, że słychać go w budynku obok?

Chyba naprawdę czas wyluzować i przejść na “wakacyjny mode on”. Tak jak się to robiło kiedyś…

_____________________________________________________

Dziewczyny mam dla Was fajne info konkursowe!

Vanish mam dla Was super konkurs, w którym do wygrania są co tydzień 2 rowery i 3 karty płatnicze o wartości 300 złotych! Na stronie konkursowej (TUTAJ

Toksyczni dziadkowie, czyli na co nie możesz pozwolić

Relacja rodziców z dziadkami jest z założenia trudna. Stanowi papierek lakmusowy wszystkich rodzinnych problemów, ujawnia słabości charakteru, lęki i uprzedzenia. Teoretycznie wszyscy chcą dobrze, ale w praktyce bywa z tym różnie…

Młodzi rodzice często obawiają się postawić sprawy jasno, określając własne granice, a dziadkowie pod pretekstem spełniania swojej roli „w rozpieszczaniu dziecka” podważają autorytet rodziców. A dziecko siedzi i patrzy. I cierpi na tym najbardziej.

Co robić, gdy mamy do czynienia z toksycznymi dziadkami?

Rodzice w świecie dziecka są najważniejsi. To oni są za nie odpowiedzialni, to na nich spoczywa obowiązek opieki i wychowywania. To rodzice, a nie dziadkowie powinni mieć decyzyjny głos.

Dlatego jeśli dziadkowie wiedzą, że rodzice nie pozwalają na oglądanie bajek dłużej niż przez godzinę dziennie, że słodycze można jeść tylko na deser, że po łóżku się nie skacze i że nie ma wakacji od mycia zębów, to nawet jeśli babcia czy dziadek mają odmienne zdanie, powinni uszanować decyzję rodzica. Niekoniecznie ze względu na własną córkę czy syna, ale dlatego, że kochają swojego wnuka i chcą dla niego jak najlepiej. Dziecko przecież siedzi, patrzy i rozumie dużo więcej niż nam dorosłym się wydaje.

Nie trzeba być bowiem psychologiem, by wiedzieć, że dziecko potrzebuje granic, nienaruszanych norm. Powinno wychowywać się w świecie, w którym dorośli współpracują ze sobą dla jego dobra.

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić - co zrobić?

Co natomiast się dzieje, gdy rodzic mówi „nie”, a babcia dodaje: „tak, u babci możesz”?

Konsekwencja jest prosta do przewidzenia: dziecko traci poczucie bezpieczeństwa. Pozornie jest zadowolone, bo może robić, co mu się podoba, zauważa, że zasady można dowolnie naginać do własnych chwilowych potrzeb, tak naprawdę jednak uczy się: „że dziadek/rodzic jest słabszy od niego”, bo wystarczy pomarudzić lub zrobić maślane oczy, by uzyskać oczekiwany efekt.

Gdy rodzic mówi jedno, a dziadek drugie, z czasem dziecko przestaje słuchać kogokolwiek. Nie wiedząc, kto ma rację, robi po swojemu. Ma mętlik w głowie. Długo nie trzeba czekać na kolejne konsekwencje: złe zachowanie, nieposłuszeństwo, agresję.

Dziecko, które nie czuje się bezpiecznie, nie ma wyznaczonych norm, nie widzi, że osoba starsza umie mądrze o nie zadbać, gubi się, staje się uparte i nie szanuje zdania innych. Maluch nie jest bowiem gotowy, by decydować o sobie w pełnym zakresie, pozostawiony sam sobie w tym temacie, jest po prostu nieszczęśliwy.

  Z czasem, jak wskazują na to psychologowie, dzieci pozbawione granic, trafiają do gabinetów z różnymi problemami – lękami, brakiem pewności siebie, niską samooceną.

Tylko nie mów mamie. To będzie nasza tajemnica

Co można obserwować w sytuacji, gdy rodzina przebywa w komplecie, rodzice mówią „nie”, a dziadkowie „tak” i dziecko samo wybiera, co zrobić? Np. postępuje tak, jak chce babcia a nie mama? Tu też odpowiedź jest prosta.

Dziecko otrzymuje komunikat: rodziców nie trzeba słuchać. Ustalone przez nich zasady można łamać.

See also:  Wyłudzanie alimentów przez syna

Podobnie wygląda to w sytuacji, gdy dzieci przebywają same z dziadkami, a ci pozwalają wnukom na wszystko, dodając szeptem: „tylko nie mów tacie…”.

Efekt jest ten sam – dzieci uczą się, że można oszukiwać, kłamać, że nie trzeba trzymać się ustalonych zasad. I co gorsza te lekcje odbierają od własnych dziadków!

Podobnie dzieje się w sytuacji, gdy „przedsiębiorcza” babcia kłamie przed kasą, że dziecko ma pięć lat, a nie sześć, żeby nie płacić za bilet wstępu. Dziecko patrzy i uczy się. Zaczyna rozumować – nie trzeba mówić prawdy, można oszukiwać, by uzyskać oczekiwany efekt.

Nic dziwnego, że po odebraniu takich lekcji, gdy dzieci wracają do domu od dziadków potrzeba czasu, by znowu zaczęły respektować zasady. Rodzice muszą się nierzadko nieźle natrudzić, by usunąć negatywne skutki tej sytuacji. Rodzi się wtedy naturalne pytanie – czy naprawdę jako rodzic muszę ponosić takie koszty? Gdzie w tym wszystkim dobro dziecka?

Pamiętaj, że dziadkowie nie muszą podważać autorytetu wprost, wystarczą złośliwości, czyli przykre komentarze: „no skoro mamusia nie pozwala” wypowiedziane w odpowiednim tonie, który ma sugerować dziecku, że zostało skrzywdzone i że „mamusia” postępuje niewłaściwie. I że lepiej słuchać babci…

Gdy dziadkowie starają się przekupić dziecko…

Rywalizacja o dziecko podejmowana szczególnie przez babcie, w mniejszym stopniu przez dziadków to klasyczny przykład problemu pojawiającego się na linii rodzice-dziadkowie.

Babcia, zwłaszcza ta przebywająca na emeryturze, mająca sporo wolnego czasu, z poczuciem misji „wychowywania, a raczej rozpieszczania wnuka” może zrobić naprawdę wiele, żeby zwiększyć swoje wpływy.

Jedną z najczęściej podejmowanych prób w tym zakresie jest przekupstwo, na które decydują się dziadkowie „zazdrośnicy” pragnący, by ich wnuki kochały ich bardziej niż własnych rodziców…

Rodzice nie chcą kupić tabletu dziecku?  To kupi babcia. Maluch ma obiecany zakup zegarka, gdy nauczy się odczytywać godziny  (dodatkowy efekt motywacyjny), dziadek kupuje zegarek wcześniej, no bo kosztuje grosze, a jego wnuk będzie miał wszystko, czego chce.

Tata jest pacyfistą i nie chce, żeby jego syn bawił się zabawkowymi karabinami? Dziadek ma odmienne zdanie na ten temat i wręcza zestaw pistoletów na urodziny. Rodzice pozwalają dzieciom jeść słodycze raz w tygodniu? U dziadków zasady te nie obowiązują.

Przykładów można by mnożyć…

Co może zrobić w tej sytuacji rodzic? Jeśli rozmowy nie przynoszą skutku, może w obecności babci czy dziadka (lub po ich wyjściu) odebrać dziecku prezent i powiedzieć, że się na niego nie zgadza.

Najprawdopodobniej dziecko będzie protestować, co jest w tej sytuacji naturalne, jednak dla dobra sprawy warto wytrwać w swojej decyzji.

Dziadkowie zmuszeni się temu przyglądać, najprawdopodobniej następnym razem zastanowią się dwa razy nad wyborem prezentu dla dziecka. O ile rzecz jasna zależy im na jego dobru…

Wpajanie własnego systemu wartości

Rodzice nie są religijni, natomiast dziadkowie co tydzień są w kościele i mimo licznych próśb, pod  nieobecność mamy i taty opowiadają dziecku o Bogu.

Gdyby tego było jeszcze mało, w dobrej wierze (!) starszą dziecko, że jeśli mamusia nie zacznie chodzić do kościoła, pójdzie do piekła.

Nie trzeba dodawać, w jaki sposób zareaguje na taką uwagę dziecko i jak bardzo do jego świadomości to trafi.

Oczywiście powyższe zachowania są niedopuszczalne. Jeśli rozmowy na ten temat nie przynoszą oczekiwanych efektów, należy zrobić wszystko, by uniemożliwić dziadkom indoktrynację. Może być to trudne, jeśli mieszka się z nimi pod jednym dachem lub jest się uzależnionym od nich w jakikolwiek sposób. Z tego powodu należy dążyć do pełnej niezależności finansowej i dotyczącej opieki nad dzieckiem.

Manipulacje

„Nie tak Cię wychowywaliśmy” – powiedziane obrażonym tonem, gdy dorosła córka czy syn nie zgadza się na naruszanie dóbr rodzinnych przez dziadków lub w innym tonie: „mam już swoje lata, nie wiadomo ile jeszcze pożyję…a Ty tak się zachowujesz” – gdy rodzice starają się nauczyć dziecko respektowania u dziadków zasad ustalonych w domu lub „my tak rzadko je widujemy, skąd mamy wiedzieć, jakie macie zasady”, „jestem stara i nikomu niepotrzebna”.

Wszystkie te komentarze to klasyczny przykład agresji biernej, formy manipulacji, czasami podejmowane świadomie, innym razem nieświadomie. Bardzo ważne, by im nie ulegać, reagując stanowczo i bez zbędnych emocji. Im szybciej rodzic odetnie się od tego typu gierek, tym lepiej dla całej rodziny.

Dziecko to dobro najważniejsze

Rodzicu, Twoje dziecko jest najcenniejsze. Chroń je. Nie pozwól na to, by chłonęło jak gąbka negatywne wzorce. Nie możesz się godzić na to, by stało się obiektem manipulacji.

Psychologowie mają bowiem pewność, jeśli mimo rozmów, dziadkowie nie są w stanie się zmienić, nadal podważają autorytet rodzica, nie należy zostawiać dzieci samych w ich obecności.

Jeśli podobnie zachowują się przy Was, rodzicach, należy rozważyć maksymalne ograniczenie z nimi kontaktów.

Wielu młodym rodzicom brakuje odwagi, by sprzeciwić się złym praktykom. Najczęściej decydują się na zagryzienie ust, przemilczenie i przetrwanie. W dłuższej perspektywie czasowej to jednak nie najlepszy pomysł.

Bo choć dziadkowie są dla wnuków bardzo ważni, mogą im zaoferować naprawdę wiele, to relacja na tej linii nie może być budowana zbyt dużym kosztem. A jest nim niewątpliwie podważanie autorytetu rodziców i nastawianie dzieci przeciwko nim.

Na to nigdy nie można się godzić.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Dzieci pojechały na wakacje do matki i nie chcą wrócić – co zrobić?

Dzieci pojechały na wakacje do matki, do Niemiec i nie wróciły. Oświadczyły, że postanowiły tam zostać. Czy mogę nie wyrazić na to zgody? Dzieci mają po 12 i 13 lat i przez ostatnie dwa lata mieszkały ze mną. Jesteśmy z żoną po rozwodzie.

W mojej opinii doszło tutaj do naruszenia praw Pana jako ojca dzieci, któremu przysługuje władza rodzicielska.

Dużo zależy od tego, w jaki sposób unormowano władzę rodzicielską w wyroku rozwodowym, ale generalnie, jeśli sąd albo pozostawił wykonywanie władzy rodzicielskiej obojgu rodzicom, albo też nawet powierzył ją matce, pozostawiając ojcu decydowanie o istotnych sprawach dziecka – to do zmiany miejsca pobytu dzieci konieczna jest zgoda ojca.

Natomiast jeśli w wyroku rozwodowym sąd ustalił, że miejscem pobytu dzieci będzie każdorazowo miejsce zamieszkania ojca (nie matki), to tym bardziej dzieci powinny mieszkać z Panem. Dodam, iż w przypadku małoletnich dzieci ich wola nie do końca ma znaczenie, dopóki nie ma orzeczenia sądowego.

Wola małoletnich, z kim chcą mieszkać, jest oczywiście brana pod uwagę, ale na etapie postępowania sądowego, gdy sąd decyduje, któremu małżonkowi przyznać władzę rodzicielską, jak ustalić miejsce pobytu dziecka.

Ale dopóki obowiązuje orzeczenie sądowe, dopóty trzeba go przestrzegać, nawet jeśli (formalnie) wola dziecka jest inna (dzieje się tak dlatego, że generalnie dziećmi bardzo łatwo manipulować).

Niezależnie od wszystkiego zgodnie art. 97 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego: „§ 2. Jednakże o istotnych sprawach dziecka rodzice rozstrzygają wspólnie; w braku porozumienia między nimi rozstrzyga sąd opiekuńczy”.

Jak wskazuje się w literaturze:

6. Za istotną sprawę rodziny należy uznać wyjazd za granicę małoletniego i to zarówno na pobyt czasowy (np. na wakacje), jak i na pobyt stały. W chwili wyjazdu często nie można zresztą określić charakteru pobytu (por.

: uchwałę SN z dnia 11 października 1963 r., III CO 23/63, OSNCP 1964, nr 9, poz. 168; uchwałę SN z dnia 10 listopada 1971 r., III CZP 69/71, OSNCP 1972, nr 3, poz. 49; postanowienie SN z dnia 6 marca 1985 r., III CRN 19/85 (w:) J.

Gudowski, Kodeks rodzinny…, s. 356).

Zatem w tym wypadku bezwzględnie konieczna będzie Pana zgoda. Oczywiście odrębna kwestia to w tej chwili dochodzenie Pana praw w postępowaniu sądowym, jeśli matka nie zareaguje na wezwanie do wydania dzieci Panu. Wtedy wejdą w grę przepisy o tzw. uprowadzeniu dziecka za granicę przez jednego z rodziców.

Zobacz również: Upoważnienie do opieki nad dzieckiem

Jeśli masz podobny problem prawny, zadaj pytanie naszemu prawnikowi (przygotowujemy też pisma) w formularzu poniżej  ▼▼▼

"Mamo, zabierz mnie stąd!", czyli o tym, dlaczego dzieci chcą uciekać z kolonii

Wyjeżdżają na kolonie i zaraz chcą wracać. Płaczą przez telefon, kłócą się i błagają, aby jak najszybciej zabrać je z tego “koszmarnego miejsca”. Narzekają na wszystko: rówieśników w pokoju, jedzenie, nudne atrakcje, wychowawców kolonijnych. Co robić, gdy dziecko chce wrócić z kolonii?

1. Mamo! Jest fajnie, ale zabierz mnie stąd

– Moja Amelka zadzwoniła z histerią, żeby ją zabrać z kolonii. Po krótkiej rozmowie przyznała się, że tak naprawdę jej się podoba, ale jest najmłodszą dziewczynką w pokoju i starsze koleżanki ją onieśmielają.

Mają już poważniejsze ubrania i inne tematy. Wytłumaczyłam jej, że to dobrze dla niej móc spędzać czas z dojrzalszymi dziewczynami. Na drugi dzień zadzwoniła, że jest super! Koleżankom spodobała się jej historia o duchach.

Podobno piszczały ze strachu – opowiada pani Izabela.

Najważniejsze to działać rozsądnie. Wiemy, że martwisz się o swoje dziecko i pewnie serce ci pęka, gdy malec jest nieszczęśliwy, ale zanim zabierzesz go z powrotem do domu, porozmawiajcie i dowiedz się, o co tak naprawdę chodzi.

2. Dzieci tęsknią

– Gdy podeszliśmy z bagażami pod autokar, który miał zabrać dzieci w góry, Miłoszowi stanęły łzy w oczach. Próbowałam dopytać, co się stało. Powiedział, że nikogo tu nie zna, nigdzie nie pojedzie i chce zostać w domu. Na rozmowę zabrał go mój mąż. Wytłumaczył, że kolonie to ekscytująca przygoda. Syn wsiadł niepewnie. Byłam przerażona – wspomina pani Maja.

Każde dziecko jest inne, ma inne tempo rozwoju, inny system nerwowy. Dostosowanie się do nowej sytuacji jest bardzo trudne. Szczególnie gdy jedzie po raz pierwszy. To jest wyzwanie, które powoduje duży stres. Musisz sobie z nim poradzić.

Jeśli otrzymujesz niepokojące sygnały od dziecka, warto skonsultować się z wychowawcą. Wspólnie ustalicie plan, który ułatwi dziecku zaklimatyzowanie się na miejscu.

Zobacz też: Naukowcy odkryli zaletę urodzenia dziecka po trzydziestce

3. Gdy rodzice martwią się za bardzo

Zdarza się też, że bardziej od dziecka panikuje rodzic i to on decyduje o powrocie dziecka z kolonii. Dziecko nie wymaga kontaktu i cieszy się wakacjami, jednak opiekunowie wiedzą swoje… Szukają pretekstu, żeby odwiedzić swoją pociechę.

– Wysłaliśmy syna na wakacje. Po paru dniach pojechaliśmy go odwiedzić. No bo co? Tęskni się, tak? I warunki trzeba było sprawdzić… Pokoje dwuosobowe, ośrodek fajny. Młody opowiada jak jest super, ale cały czas kręci się po pokoju.

W końcu dociera do mnie, że on szykuje się do drogi… Pytam się go, co robi, a on odpowiada mi, że się pakuje. Dziwię się – przecież mówił, że jest fajnie… Na co syn stwierdza: “Nie na tyle, żebym chciał zostać” – pisze pani Anida.

**Dzieci dobrze czują, gdzie są czułe punkty ich rodziców.** Znasz swoje dziecko, ale trudno przewidzieć, jak zachowa się w nowej sytuacji. Bądź czujnym obserwatorem, nie zawsze konieczne jest zabranie pociechy z kolonii.

See also:  Odziedziczane mieszkanie podczas małżeństwa a podział majątku

– Moja córka dziś zrobiła jazdę na całą rodzinę, by ją zabrać. Nie zgodziłam się i zabroniłam obiecywać innym, że ze mną pogadają. Rozmawiałam z kierownikiem obozu i okazało się, że zapanowała tam zbiorowa histeria. Dowiedziałam się od koleżanki córki, że moja latorośl wymyśliła, że będzie ryczeć tak długo przez telefon, aż pękniemy – pisze pani Monika.

4. Rozsądny kontakt

Dziecko poczuje się bezpiecznej, gdy będzie mogło się z tobą skontaktować. Z jednej strony jest to dobre, bo wiesz, co dzieje się z twoją pociechą. Z drugiej strony ryzykujesz tym, że każdego wieczoru będzie trzeba wysłuchać lamentu przez słuchawkę.

– Nie ma nic gorszego niż telefony komórkowe dawane dzieciom na kolonie. Zdarzało się tak, że dziecko dzień po wyjeździe na obóz dzwoniło z płaczem po rodziców. Jak tylko przyjechali okazywało się, że świetnie się bawi i nie chce wracać. Czasem wystarczyło, że po jedno dziecko przyjechali rodzice i to rozpoczynało płacz kolejnych dzieci – mówi pani Edyta, opiekunka na obozach harcerskich.

– Mój dziewięcioletni syn wyjechał na kolonie z samymi obcymi dziećmi. Na początku było ok. Jednak nagle zaczął wydzwaniać co chwilę. Wiem doskonale, że nic złego mu się nie działo, bo warunki były świetne. Komórka była narzędziem mojej udręki – pisze pani Magda, potwierdzając tym samym słowa opiekunki.

5. Jednak jedziesz

Pobyt na kolonii to szansa nauczenia się odpowiedzialności i radzenia sobie z tęsknotą. Na takich wyjazdach są organizowane ”dni rodzica”, które skracają dystans czasowy do powrotu do domu. Co jeśli jednak i to nie pomoże?

– My byliśmy tymi rodzicami, którzy zdecydowali się pojechać. Na szczęście niedaleko. Jedynie 150 km. Hania płakała, że nie ma koleżanek, a przed snem wpadała w panikę, że się boi. Wychowawczyni zwróciła nam uwagę, że moczyła się w nocy. Gdy przyjechaliśmy, córka powiedziała z wyrzutem: “Myślałam, że zostawicie mnie tu do śmierci” – opowiada Pani Monika.

Nikt nie zrozumie dziecka tak, jak własna matka. Rodzice stają w obliczu wyzwania, czy próbować hartować dziecko, czy po prostu przyjechać i zabrać je z kolonii.

– Pojechałam po moją ośmioletnią córkę. Płakała od początku wyjazdu, ale pękłam, gdy odebrała telefon, jadąc na wycieczkę i powiedziała: ”Zadzwonię później, bo nie chcę płakać w autokarze”. Pojechałam i zabrałam córkę. Wysłuchałam swoje dziecko, później rozmawiałam z wychowawcą. Córka miała być szczęśliwa i zadowolona. Nie była, więc jaki sens miały te kolonie? – pyta pani Halina.

6. Jak porozmawiać z dzieckiem

Najważniejsza jest rozmowa, trzeba postępować ostrożnie. Jeśli dziecko bardzo chce wracać, mogą pomóc odwiedziny rodziców. Dziecko ma inne poczucie czasu. Tygodniowy wyjazd to dla niego bardzo długo.

– Rodzic może zostać w pobliżu. Najlepiej zaproponować dziecku okres ''próby”, taką umowną ''kwarantannę''. Jeśli zostanie, może akurat mu się spodoba, wydarzy się coś ciekawego czy pozna kolegów, z którymi się dogada . Pamiętajmy jednak, nic na siłę – tłumaczy psycholog, Anna Józkowicz.

Zobacz też: Niebezpieczny w kontakcie ze słońcem. Popularny składnik kremów do opalania

Dzieci wcale nie chcą all inclusive. Od drogich wakacji wolą ogródek dziadków (albo to, żebyś wreszcie poświęcił im czas)

“Dzieci potrzebują do szczęścia głównie bliskości rodziców, bycia z nimi w relacji, wspólnego robienia rzeczy, które sprawiają wam przyjemność. Niekoniecznie all inclusive na greckiej wyspie. Jeszcze kiedyś pojedziecie gdzieś daleko.

Na razie macie okazję, by pobyć ze sobą… blisko” – mogliśmy przeczytać w tekście Joanny Szulc “Sama mama na wakacjach”. Dzieci naprawdę nie potrzebują wymyślnych wakacji.

I nie ma tu znaczenia, czy są z pełnej rodziny, czy wychowuje je tylko jeden rodzic.

Urlop to czas, kiedy w końcu możemy być razem. Tyle że nie myślimy o tym, kiedy planujemy wakacje. Wtedy zastanawiamy się raczej, gdzie pojechać, aby móc odpocząć.

Odpocząć, czytaj: żeby jak najmniej zajmować się dziećmi. Szukamy miejsc, w których jest jak najwięcej atrakcji, w których animacje są od świtu do zmierzchu.

Wieczorem jakoś sobie poradzimy – dzieci szybko zasną, zmęczone wypełnionym po brzegi grafikiem zajęć. Damy radę.

Syn koleżanki rozpaczał, gdy rodzice chcieli go zabrać z działki, na której był razem z dziadkami. Mówił, że wcale nie chce jechać z rodzicami na wakacje, że woli, aby oni przyjechali do niego. Wizja całych dni spędzanych na brzegu basenu, choćby w najpiękniejszym miejscu, wcale mu się nie podobała.

Dla niego większą atrakcją było chodzenie po mokrej trawie, zakładanie hodowli ślimaków i pilnowanie, aby ogórki dobrze rosły. To właśnie to, co mógł robić właściwie pod domem, wydawało mu się o wiele lepsze, niż całe to all inclusive, którym tak bardzo nęcili go rodzice.

Dorośli chcą pokazywać dzieciom świat, dawać im to, czego sami nie mieli. Nie myślą o tym, że to, co sami robili w dzieciństwie, byłoby dla nich lepsze.

Przecież najlepsze wakacje nie muszą być tymi, na które wydamy mnóstwo pieniędzy, które zaplanujemy z rocznym wyprzedzeniem.

Jeśli urlopu nie będziemy spędzać z nosem w telefonie, jeśli wolny czas naprawdę poświęcimy dziecku, to właśnie będą dla niego najlepsze wakacje.

O tym, jak bardzo – często nieświadomie – ograniczamy dzieci, pisaliśmy w tekście “Jak mam ubić śmietanę, skoro nie pozwalasz mi trzymać miksera?”. Przeglądamy listę umiejętności, które powinien opanować siedmiolatek . Chcemy, aby było “szybciej” i “lepiej”, a zapominamy o tych podstawowych umiejętnościach. A uważne rodzicielstwo to – cóż – coś, nad czym warto się pochylić.

Życie uległo ogromnemu przyśpieszeniu, głównym problemem jest brak czasu, również dla własnego dziecka. Ta lista pokazuje, jak wartościowe i znaczące jest wykonywanie różnych czynności razem z dzieckiem czy też ich wspólna nauka. Czas spędzony na uczeniu się tych umiejętności jest niezwykle cenny i nie da się go niczym innym zastąpić. Istotne jest uważne, kreatywne bycie z dzieckiem, słuchanie i obserwowanie siebie nawzajem

– mówiła nam psycholog kliniczny Katarzyna Sarnicka.

A może to ty zostaniesz animatorem? Nie musisz ubierać się w strój księżniczki, robić olbrzymich baniek i i tańczyć do piosenek z trzema słowami na krzyż. Po prostu bądź.

Przygotuj jedzenie, zabierzcie rowery, jedźcie na wycieczkę. Zróbcie piknik, rozmawiajcie.

Kiedy ostatnio patrzyłeś w niebo i mówiłeś, co przypominają ci chmury? Kiedy ostatnio puszczałeś “kaczki”? Kiedy robiłeś coś, nie zerkając co chwilę w telefon?

Od pewnego czasu swój renesans przeżywają również ogródki działkowe. Chociaż wielu osobom wciąż kojarzą się głównie z rencistami i emerytami, to na Rodos (jak bywają nazywane ROD, czyli rodzinne ogródki działkowe) pojawia się coraz więcej młodych ludzi.

To nie tylko bliscy starszych działkowiczów, którzy odwiedzają krewnych, ale i ci, którzy postanowili kupić własną działkę. Dla dzieci to idealne miejsce – mają na własność nie tylko piaskownicę, lecz także możliwość zdobywania wielu cennych doświadczeń. Tu mogą chodzić po błocie, zjeść truskawkę prosto z krzaka, umyć się w misce.

I wiecie co? Fakt, że poszły spać z brudnym stopami, będą wspominać o wiele dłużej, niż ekskluzywną wycieczkę.

Wielu moich znajomych wakacje spędzało u dziadków na wsi. To właśnie stamtąd mają najwięcej wspomnień. Ja – która na wieś nie jeździłam – czułam się stratna, nie wiedząc do końca, o czym mówią. I tak nie było najgorzej, bo pączki z błota i zupy z kwiatów robiłam na działce. Dziś wiele dzieci nie ma i tego. Zamiast tego pozują podczas przejażdżki na słoniu.

Największa zmora dziecka: toksyczna matka

Dlaczego nie ojciec!? – wykrzykną oburzone zwolenniczki równości we wszystkim. Odpowiedź jest prosta: to matka jest głównym filarem rodziny, nawet jeśli dominuje ojciec. To ona ma naturalną, biologiczną więź z dzieckiem i ona w początkowej fazie życia jest całym jego światem.

Nie będziemy omawiać depresji poporodowej i w związku z nią zaburzeń funkcjonowania – to inny temat. Przyjrzymy się pozornie „normalnym” zachowaniom: powszechnym i jakże dla dziecka szkodliwym.

Zła wiadomość:

– Toksyczna matka powoduje, że dziecko nie może odnaleźć się w swoim dorosłym życiu, nie czuje się szczęśliwe, niczym nie umie się zadowolić, ma duże poczucie lęku, kłopoty z relacjami osobistymi i przejmuje toksyczność matki.
Każda rodzina jest czymś naznaczona, na szczęście nie każda w sposób skrajny.

Dobra wiadomość:

– Czasami toksyczne zachowania występują okazjonalnie i nie zdążą zrobić prawdziwego spustoszenia.
– Na każdym etapie życia można sobie pomóc.
– Dorosła ofiara toksycznej matki może zmienić swoje przekonania, zachowanie oraz złagodzić skutki wieloletniego trucia.

Przyjrzyjmy się zatem zachowaniom toksycznej matki.

Nadopiekuńczość

Największa z możliwych toksyn. Nie pozwala dziecku dojrzeć, usamodzielnić się, odciąć pępowiny i cieszyć się życiem. Ogranicza i blokuje zdobywanie doświadczeń. Matka twierdzi, że to z miłości, tymczasem jest to przemoc z dorobioną ideologią.

Nadopiekuńczość to żadne matczyne kochanie, tylko chęć kontroli za wszelką cenę, poprzez rzekomą „dobroć”. Wyręcza, usprawiedliwia, „wie”, co dla jej dziecka najlepsze. Najchętniej zorganizowałaby mu cały świat i autonomię dziecka odbiera jako zagrożenie dla jej miłości. A dziecko się dusi – im większe, tym bardziej.

Katarzyna jest aktywna zawodowo, ale większość jej energii pochłania zajmowanie się dzieckiem i „inwestowanie” w jego przyszłość.

Pilnie i skrupulatnie odrabia z nim lekcje, czyta każdą lekturę – inne świadectwo niż z czerwonym paskiem nie wchodzi w grę; przygotowuje do różnych konkursów (recytatorskiego, tanecznego, tworzenia cudów na kiju) i angażuje wszystkich znajomych do internetowego głosowania na jej dziecko. Wozi na dodatkową naukę języków, zajęcia sportowe, castingi do reklam.

Dziecko jest wytresowane jak cyrkowa małpka: pięknie występuje, ogarnia pamięciowo każdy materiał. Matka puchnie z dumy i jest przekonana, że to wszystko robi dla dobra własnego dziecka. Nie zauważa, że dziecko nie ma czasu na zabawę, na nawiązanie pierwszych przyjaźni, na trenowanie relacji z rówieśnikami na innym gruncie niż szkoła.

Nie widzi, że w pogoni za przyszłym „sukcesem” pozbawia swoje dziecko dzieciństwa.

Nie słyszy – bo jej dziecko mówi to do szkolnych kolegów, a matki na szczęście nie mogą siedzieć z dzieckiem w jednej ławce – że jej dziecko chciałoby inaczej, ale nie chce robić przykrości mamie, więc jedzie na kolejny casting, bierze udział w kolejnym, wynalezionym przez mamę konkursie…

Córka Elwiry ma prawie czterdzieści lat, ale dla niej i tak jest dzieckiem – tak też o niej mówi. Dała jej całkowitą, bezwzględną akceptację, zawsze biorąc pod uwagę „dobro” swego dziecka, często kosztem własnego.

Aktywna, z sukcesami zawodowymi, głośno powtarza, że całym jej światem i szczęściem jest jej dziecko. Męża traktuje jak zło konieczne, walcząc z nim o wszystko, zawsze znajdzie dziurę w całym.

To, co ona uważa w sprawie ich córki, jest jedynie słuszne, a uwagi ojca traktuje jak czepianie się albo skrajny idiotyzm.

Nie przyszło jej do głowy, że jest toksyczna, także na odległość; że miłość rodzicielska to również uczenie życia poprzez dawanie przykładu (także traktowaniem własnego życiowego partnera) i stawianie granic. Żałuje, że jej dziecko nie chce z nią mieszkać. Elwira chciałaby chociaż móc przywozić córce kotlety.

Zawsze, gdy ją odwiedza, zmywa naczynia (mimo protestów córki, która woli wstawić je do zmywarki) i zajmuje sobą całą przestrzeń jej małego mieszkania. Na każde skinienie jest – gdy „dziecko” chce, lub chowa się w kąt, gdy jej córka ma gorszy humor i źle ją potraktuje.

See also:  Intercyza a obowiązek alimentacyjny

Elwira czeka na najmniejszy przejaw serdeczności jak bezpańska psina na podrapanie za uchem i nie przyjmuje do wiadomości, że ma swój duży udział w braku kompetencji społecznych i ciągłym poczuciu beznadziei swojego ukochanego dziecka.

Nie chce widzieć, że takie zalanie „miłością” to żadne kochanie, tylko zaspokajanie swojego egoizmu i zapełnianie swojego życia życiem dziecka.

Iwona uważa, że jej synuś jest wyjątkowy, tylko czasem nie ma szczęścia. Bierze jej samochód bez zgody? Widocznie potrzebował. A że ona nie miała jak dojechać do pracy – cóż, przecież jakoś sobie poradziła.

Dziewczyny w dzisiejszych czasach są okropne – każda go zostawia. Bywa nerwowy i porywczy, nawet Iwonie kiedyś podbił oko, ale przecież generalnie jej synuś jest dobrym człowiekiem. Nie umie sprzątnąć po sobie, za to lubi dobrze zjeść – prawdziwy facet z niego.

Gdy po pijanemu rozwalił samochód, była gotowa dać łapówkę całej Komendzie Stołecznej i sędziemu, aby tylko mu się upiekło.

Porusza wszelkie znajomości, żeby znaleźć mu kolejną pracę (w żadnej nie wytrzymał dłużej niż trzy miesiące) i nie widzi, że jej znajomi wykorzystują kryzys jako usprawiedliwienie braku chęci polecania wyhodowanego przez nią pasożyta.

Poświęcanie się

To kolejna zmora. Zawsze podszyte poczuciem krzywdy i wpędzaniem w poczucie winy „niewdzięcznego” dziecka. Nikt nie potrzebuje i nie chce niczyjego poświęcenia, zwłaszcza własnej matki.

Co innego świadomy wybór: rezygnuję z pracy, bo chcę pierwszy okres życia mojego dziecka tak właśnie spędzić. Zarzucanie dziecku, że dla niego matka zrezygnowała z „kariery”, że wszystko oddała w imię jego dobra – jest kłamliwą manipulacją.

Za takim przejawem przemocy (a tak!) stoi zwykle jej neurotyzm i niespełnienie.

Obarczanie dziecka poczuciem winy za własne frustracje i nieumiejętność życia to wyraz niedojrzałości i zaburzonego funkcjonowania matki. Za tym zwykle stoi chęć kontroli i podporządkowania sobie wymykającego się dziecka.

Szantaż emocjonalny („Ja dla ciebie to czy tamto, a ty pięknie mi się odwdzięczasz”) i roszczeniowość w imię rzekomych poświęceń uniemożliwia dziecku normalne życie, powodując złość, poczucie winy, poddanie się i głębokie zaburzenia nerwicowe.

Domaganie się całkowitego oddania emocjonalnego

Matka za wszelką cenę chce utrzymać pozycję najważniejszej osoby w życiu dziecka. Nie bierze pod uwagę tego, że naturalnym procesem jest zmiana i że jej rolą jest przygotowanie dziecka do dorosłego życia, bycia partnerem i rodzicem.

Zamiast uczyć córkę szacunku do siebie samej, a syna, jak warto traktować kobiety, najchętniej ubezwłasnowolniłaby własne dziecko, by dało jej taką miłość, jakiej nie otrzymała od wybranego przez siebie partnera.

Posunie się do udawania choroby i wzywania dziecka pięć razy w tygodniu w środku nocy lub przed ważnym towarzyskim wydarzeniem dziecka, w którym miała nie brać udziału, ataków wymówek albo „rezygnacji” („No tak, jedź sobie na ten weekend, a ja zostanę sama. Może umrę, to nie będziesz mieć więcej ze mną kłopotu…”).

Bierna służąca

Uzależniona od mężczyzny lub od dziecka (co ciekawe, to rzadko idzie w parze!), sama o niczym nie decyduje. Toleruje każde zachowanie swojego partnera lub dziecka.

Nie umie zadbać ani o siebie, ani o dziecko, bo jeśli daje się terroryzować jednemu lub drugiemu, to dbanie jest niemożliwe. Nie wie, jak ustalać zasady. Ba! Nie wie, jakie one powinny być! Nie ma mowy o jakiejkolwiek konsekwencji, bo nikt nie ma zwyczaju liczyć się ze służącą.

Niedecyzyjna, bierna, nieszczęśliwa, wpędza w poczucie bezsensu niczemu niewinne dziecko.

Szafowanie „dobrem” dziecka

W zależności od osobistego wygodnictwa: toleruje przemoc domową („przecież dziecko powinno mieć obydwoje rodziców”) lub rozwala istniejący związek(„dziecko powinno mieć szczęśliwą matkę, a z ich ojcem taka nie jestem”). Cacka się z rodzinnym przemocowcem jak ze zgniłym jajem, nie widząc, że rujnuje psychikę dziecka.

Przeciwny biegun: sprowadza do domu i swojego łóżka kolejnych wujków, nie biorąc pod uwagę, że kalejdoskop jej miłosnych porażek burzy poczucie bezpieczeństwa dziecka.

Tylko toksyczna, ograniczona matka uniemożliwia dziecku kontakty z ojcem– najczęściej w imię osobistej zemsty zawiedzionej kobiety, ale z niesieniem na sztandarze „dobra” dziecka (nie mówię o sytuacji, gdy ojciec nie trzeźwieje lub rzeczywiście skrzywdził dziecko). Nie patrzy, jak rozwiązać sprawę spotkań, by było to z największą korzyścią dla dziecka. Zabrania, bo… i tu następuje cała litania bzdur, w jej oczach utwierdzających ją w słuszności podjętej decyzji.

Dla „dobra” dziecka toksyczna matka despotycznie przejmuje ster jego życia w swoje ręce. Lepiej wie, jakie studia ma skończyć, z kim się zadawać, jak spędzać wolny czas. Płaci i wymaga całkowitej lojalności i poddania. „Niesubordynacja” kończy się emocjonalną karą, a nawet zerwaniem wszelkich kontaktów (taką postawę również dość często przejawiają ojcowie).

„Przyjaciółka” – taka „od serca”

Zwierza się dziecku ze swoich rozterek, obarczając je sprawami, które zwyczajnie je przerastają. Dopytuje o intymne szczegóły z życia dziecka, udziela rad, zabiera na swoje imprezy jako osobę towarzyszącą. Ma z dzieckiem sekrety przed ojcem, trzyma z nim przeciw niemu sztamę.

Z szesnastolatką pali papierosy, siedemnastolatkowi kupuje piwo. Nie wie, że w ten sposób nie zagłuszy swoich wyrzutów sumienia (bo np.

skrycie sama nadużywa alkoholu albo w swoim mniemaniu nie spędza z dzieckiem wystarczającej ilości czasu), a jedynie zrobi mętlik w głowie dziecka, które przyjaciół dobierze sobie samo, a potrzebuje, by rodzic był odpowiedzialnym, stabilnym przewodnikiem, rozsądnym tłumaczem rzeczywistości.

Zaprzyjaźnić chce się także z partnerem dziecka. Jeśli ma córkę – będzie kokieteryjna, „młoda”, „atrakcyjna”.

Gdy ma syna, każda jego dziewczyna będzie dla niej fantastyczna, ale… I tu po cichutku zaczyna się sączenie jadu: zgrabna, ale nogi ma dość krótkie; fajnie się urządziliście, całe szczęście, że mój syn ma dobry gust; wyjazd to dobry pomysł, tylko czemu jedziecie w góry, skoro ty tak lubisz morze..?

Frustratka

Wiecznie niezadowolona (powód zawsze się znajdzie), krytyczna, nadmiernie wymagająca uwagi. Źle się wyraża o ojcu dziecka, wciąga je w rodzicielskie rozgrywki (to także zdarza się ojcom). Biedne dziecko – jak ono potem samo ma być odpowiedzialnym partnerem i nietoksycznym rodzicem??

Matka skłócona z całym światem (albo ze znaczącą jej częścią) to podwalina problemów psychicznych dziecka. Także matka nadmiernie rywalizacyjna jest generatorem problemów: porównuje swoje dziecko z innymi i albo święci triumfy wbijając siebie w pychę i fałszując obraz rzeczywistości, albo jest niezadowolona.

Jeśli przenosi maskowaną agresję ze swojej matki (najczęściej w relacjach matka – córka) lub ojca (relacja matka – syn), nigdy nic jej nie zadowoli, zawsze znajdzie powód do narzekania i wyrzutów, wpędzając dziecko w chorobliwe zapotrzebowanie na aprobatę.

Brak konsekwencji świadczy o słabości wewnętrznej i ma związek z ogólnym niezadowoleniem matki z siebie i życia.

Zabrania czegoś, po czym pod wpływem wymuszenia ustępuje (uwaga! Zmiana zdania pod wpływem argumentów i negocjacji jest jak najbardziej zdrowa, natomiast uleganie dla świętego spokoju, pod wpływem wrzasków lub niezadowolenia dziecka, to postępowanie toksyczne, prowadzące do rozchwiania wewnętrznego obydwojga).

„Sprawiedliwa”

We własnych oczach oczywiście. Bardzo dba o to, by traktować dzieci po równo i tak samo, co powoduje głębokie poczucie niesprawiedliwości w starszym dziecku, bo zwykle od niego więcej się oczekuje mniej dając mu w zamian.

Ze zdziwienia przeciera oczy, że jej „sprawiedliwość” powoduje złe relacje między rodzeństwem i wieczne wojny. Drugim końcem kija jest jawne nierówne traktowanie, czyli faworyzowanie któregoś z dzieci – często tego sprawiającego więcej kłopotów.

Oczywiście percepcja dziecka jest taka, że może odczuć krzywdę z powodu, który rodzicowi w życiu nie przyjdzie do głowy.

„Obecna nieobecna”

Spędza z dzieckiem bardzo dużo czasu. Fizycznie, bo rzeczywiście w ogóle tego czasu nie spędza z nim.

Co z tego, że są cały dzień w domu, jak tak naprawdę albo nie ma czasu się dzieckiem zająć (praca, komputer, portale społecznościowe, sprzątanie, maseczka, rozmowy telefoniczne z darmowymi minutami…), albo nie ma na to ochoty, tylko wstydzi się do tego przyznać nawet sama przed sobą.

Nie przyjdzie jej do głowy, by spędzić pół godziny dziennie całkowicie i tylko z dzieckiem (bez innych czynności, odbierania telefonu, oglądania serialu, odkurzania), by miało ono poczucie, że jest ważne i kochane. Lepsze konkretne pół godziny przytulania, wariowania i wspólnego tarzania się po dywanie, niż cała doba udawania.

Matka pijąca

Robi większe spustoszenie w psychice dziecka niż pijący ojciec, chociaż w obydwu przypadkach dziecko wyrasta na Dorosłe Dziecko Alkoholika (och, ileż protestów słyszałam: ja nie jestem żadnym dzieckiem alkoholika, tylko mój rodzic po prostu czasem się nie kontrolował…) (przeczytaj więcej o wpływie alkoholizmu na rodzinę tutaj). Kłopoty z samooceną (nieadekwatnie zaniżona lub zawyżona), nadobowiązkowość lub totalne mentalne lenistwo, brak poczucia bezpieczeństwa i lęk przed bliskością to dziedzictwo dorastania w domu z alkoholem. Bez terapii DDA bardzo trudno – jeśli w ogóle możliwe – jest zbudować zdrową rodzinę.

Warto sobie uświadomić, że gdy dziecko wkracza w nasze życie, nic już nie będzie takie samo. Dziecko NIE jest własnością rodzica. To nie pluszowy pajacyk, którego możemy włożyć w dowolną szufladkę.

Zanim zaczniesz, Czytelniku, obwiniać swoją matkę o toksyczność, weź pod uwagę, że:

•    Każda matka ma ogromny udział w szczęśliwym lub nieszczęśliwym życiu swojego dziecka. „Ma udział” nie oznacza „jest winna”. Chce dla dziecka jak najlepiej(pomijając patologie) i wychowując dziecko korzysta z dostępnych jej zasobów. Innymi słowy: wychowuje jak umie. A że często nie umie…

•    W naszą narodową kulturę wpisana jest przemoc, a to ona jest podwaliną wszelkiej toksyczności.

Z pokolenia na pokolenie powielamy metody stosowane w naszych domach, nie umiejąc dostrzec, że można inaczej: zamiast nakazów i zakazów – nagradzanie i wspieranie zachowań pożądanych z karami jako ostateczność.

Uważamy klapsa za nieszkodliwe, a wręcz konieczne narzędzie wychowawcze, gdy tymczasem jest to tylko i wyłącznie przejaw bezradności i brak zasobów dorosłego!

•    Toksycznością nasiąka się bardziej niż myślisz, więc jeśli pochodzisz z toksycznego domu, trudno ci będzie stworzyć dom zdrowy.

Problem polega na tym, że zatruci ludzie nie chcą widzieć własnej trucizny, tylko szukają jej na zewnątrz, obarczając innych winą za własny dyskomfort, domagając się emocjonalnego zadośćuczynienia za doznane krzywdy od partnera lub… dziecka, oczekując od toksycznego rodzica naprawienia „winy” lub pogrążając się w poczuciu krzywdy i nieszczęścia.

•    Nieodcięta pępowina, wysoki poziom lęku, ogólny brak zadowolenia i poczucia sensu w życiu, kłopoty z relacjami – to sygnały, że warto szukać pomocy, zanim zatrujesz własne dziecko.

Na początek proponuję przeczytać książkę Susan Forward „Toksyczni rodzice”.
Potem być może warto poszukać zewnętrznego wsparcia. Szkoda życia.

Leave a Reply

Your email address will not be published.